3 kwi 2021

Tranzycja w latach 80./90. XX wieku

Jednym ze szczególnie ważnych rodzajów widoczności, o którą stale musimy dbać, jest nasza historia i opowieści starszych pokoleń - bez nich stajemy się bezbronni na ataki poprzez manipulacje faktami. Wmawia się społeczeństwu oraz nam samym, że jesteśmy tylko przelotną modą; czymś, co pojawiło się chwilę temu i tak samo za chwilę zniknie. Ale przecież to nieprawda! Byliśmy tu, w Polsce, od zawsze - czego świadectwem jest chociażby historia młodopolskiego pisarza Piotra Własta. Tymczasem w ramach kultywowania tej relacji z własną historią, publikujemy wspomnienia osoby przechodzącej tranzycję w latach 80./90. ubiegłego wieku. Zapraszamy do lektury!

Ilustracja: tranzycja w latach 80 i 90 XX wieku


Od początku

Urodziłem się w 1972 roku w Gdańsku. Mieszkałem tam potem jeszcze dwa lata, a w 1974 roku przeprowadziłem się z rodzicami do Warszawy. Na początku byłem dzieckiem, które nie miało świadomości płci. Z czasem coraz lepiej i prawdziwiej czułem się w podzbiorze chłopaków. Lubiłem chłopięce gry i zabawy, utożsamiałem się z męskimi bohaterami książek i filmów, z męską energią, natomiast świat kojarzony z tym, co kobiece, wydawał mi się obcy. Nie gorszy, nie smutniejszy czy trudniejszy. Po prostu nie był mój.

Mama podsunęła mi książkę „O dziewczętach dla dziewcząt”, w której znalazłem same absurdalne informacje na temat tego, jak mam funkcjonować i kim być. Jakieś lale, sukienki, okresy, biusty, przygotowanie do małżeństwa i macierzyństwa – opisywano to tam szczegółowo, ale to nie było dla mnie. Nie o mnie. Nie moje. Myślałem o sobie wtedy już to jako o Janku, już to jako o Stasiu czy o jakimś innym chłopaku, który na pewno nie został stworzony do spódniczek, kokardek i lal. A imię nadane mi po urodzeniu? Było funkcjonalnym dodatkiem, który kojarzył mi się co najwyżej ze sprawdzaniem listy obecności w szkole.

Reasumując: czułem się chłopakiem, odkąd kwestia tożsamości płciowej zakiełkowała w mojej głowie. Ubrany w sukienkę, robiłem się zażenowany, jakby ktoś nago wystawił mnie na pośmiewisko. To było jak gwałt. Dosłownie.

Odkrywanie siebie

Nie będę tu opisywał wszystkich zmagań ze sobą, bo post miał być o tranzycji. Od razu przejdę do okresu, w którym odkryłem, co właściwie ze mną jest nie tak i dlaczego jako „dziewczynka” czuję się tak fatalnie. Jakbym ugrzązł w piekle. W pułapce płci, którą ktoś narzucił mi wbrew mojej woli. Wbrew temu, kim naprawdę jestem, a czego z jakiegoś powodu nikt nie chce uznać.

W 1988 roku powiedziałem sobie: "Jaka szkoda, że nigdy nie stanę się prawdziwym facetem. Sobą. Muszę umrzeć, bo nie dam rady istnieć wbrew sobie”. Wkrótce trafiłem do sanatorium neuropsychiatrycznego ze szkołą i weekendowymi przepustkami do domu.W 1989 roku, pogrążony w totalnej depresji, bliski szaleństwa z powodu konieczności bycia „kobietą”, nieoczekiwanie doznałem objawienia.

Jesienią, chyba w październiku, poszedłem na przepustce do antykwariatu. Tam, ubrany w szary prochowiec oraz gruby szalik (było to wydarzenie tak ważne, że wciąż doskonale je pamiętam!), zauważyłem na stole książkę „Przekleństwo Androgyne: transseksualizm – mity i rzeczywistość” Stanisława Dulki i Kazimierza Imielińskiego. Kupiłem ją, choć strasznie się bałem, co pomyślą kasjerki. W domu, nocą, przeczytałem książkę jednym tchem. Oczywiście z wypiekami na twarzy i przyspieszonym oddechem, bo na każdej stronie odkrywałem prawdę o sobie. Tak, byłem transseksualistą. Nie żadną dziewczynką ani kobietą, ale facetem.

Jednakże to nie było tak, że odkryłem w sobie transa. Jeśli już, to diagnozę czy nazwę nieszczęścia, które towarzyszyło mi od tylu lat. Zawsze czułem się chłopakiem, a teraz wiedziałem, że mam prawo nim być. Że jestem nim naprawdę, tylko z powodu tego cholernego transseksualizmu mózg zrobił mi psikusa, ciało niewłaściwie się rozwinęło, zatem świat mojej autentycznej płci albo nie widzi, albo nie uznaje. Książka stała się moim drogowskazem.

Moje życie zaczęło przypominać nieco śledztwo Sherlocka Holmesa. Na początku postanowiłem znaleźć namiary na jednego z autorów i się z nim skontaktować. W domu na szczęście leżała najnowsza książka telefoniczna, toteż wyszperałem w niej numer telefonu do domu Dulki, Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego przy ul. Fieldorfa w Warszawie, gdzie pracowali Dulko i Czernikiewicz (adres placówki był podany na końcu „Przekleństwa Androgyne…”) i placówki, w której obaj panowie przyjmowali prywatnie (czyli na Miłobędzką 25). Zamiast jednak dzwonić, ostatecznie wsiadłem do autobusu nr 172 i pojechałem na ostatni z adresów. Nie było mowy o strachu, w końcu książka obiecała mi ratunek, a gra toczyła się o moje własne życie. Dawała szansę na to, że jednak przetrwam i będę sobą. Że od widma stawania się kobietą nie będę musiał uciekać w śmierć, a rozważałem taką możliwość. Właśnie dlatego w tamtych latach byłem pacjentem sanatorium neuropsychiatrycznego w Zagórzu, gdzie trafiłem po przedawkowaniu prochów.

Pierwszą wizytę, w tajemnicy przed rodzicami, opłaciłem z kieszonkowego. Przyjął mnie Dulko i to on stał się moim lekarzem prowadzącym. Zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Na dzień dobry powiedziałem mu, że jestem chłopakiem i że bardzo, bardzo, chciałbym zmienić płeć. Moja pewność siebie i determinacja były silne jak tornado. Jestem przekonany, że od od początku to wyczuł.

W poczekalni poznałem kilku chłopaków z takim samym problemem, jak ja. Radość była podwójna. Dziewczyn było mniej, ale potem też zaprzyjaźniłem się z kilkoma. Dzisiaj z wieloma osobami z tamtej brygady nadal mam kontakt, choć wszyscy są już po 50. Żadna z tych osób nie umarła z powodu szkodliwych skutków ubocznych hormonoterapii. Jedna dalsza znajoma popełniła samobójstwo, bo nie mogła opłacić ani leczenia, ani leków. Zaznaczam – z tamtej brygady. Wiem też, że jeden chłopak, planujący studia medyczne, nie zdecydował się ostatecznie na testosteron, bo bał się właśnie tych nieszczęsnych efektów ubocznych. Sam nawet próbował mnie przekonać, że to mi zniszczy wątrobę i że będzie cud, jeśli dociągnę do 40. Inny chłopak bardzo chciał „zmienić płeć”, ale był głęboko wierzącym katolikiem, toczył poważne rozmowy z jakimś księdzem i ten skutecznie przekonał go do konieczności pozostania w ciele danym mu przez Boga.

Diagnostyka

Chodziłem na Miłobędzkiej raz w miesiącu. Musiałem wykonać szereg testów psychologicznych, w tym niektóre z bardzo dziwnymi pytaniami np. o pociąg do zwierząt. Zrobiono mi test na IQ. Posłano na analizy do szpitala przy ul. Nowowiejskiej – wierzono wtedy, że za pomocą badania potencjałów słuchowych da się ustalić płeć mózgu. Pobrano krew, wymaz z ust, prześwietlono, poprzylepiano elektrody. Musiałem się też „zbadać” w szpitalu na Sobieskiego. Chyba największym koszmarem było skierowanie do ginekologa. Choć było obowiązkowe, zaparłem się w sobie i oświadczyłem Dulce, że za nic w świecie się mu nie poddam. Po moim trupie. To jest najbardziej upokarzająca moją męskość czynność, jaką mogę sobie wyobrazić (a raczej jakiej w ogóle nie jestem sobie w stanie wyobrazić). Odpuścił. Na szczęście!

Dużo i długo gadaliśmy. Podczas jednej z wizyt poprosił mnie o przygotowanie koperty ze zdjęciami z dzieciństwa. I o napisanie autobiografii. Obie te rzeczy zrobiłem z wielką przyjemnością. Mogłem opisać moje chłopięce zabawy, fascynacje autami, udawanie, że jestem kosmonautą i szkolne figle. A także wreszcie ubrać w słowa bezmiar rozpaczy, jaki towarzyszył mi podczas odkrywania, że natura zmusza mnie do bycia kimś (dziewczyną) wbrew sobie.

Kolejne zadanie postawione mi przez Dulkę okazało się najtrudniejsze. Otóż poprosił, żebym przyprowadził rodziców.

Coming out

Nie macie pojęcia, ile mnie kosztował cały ten cholerny coming out. Wybrałem sobie dzień – jakiś weekend w sierpniu 1990 roku. Był na tyle odległy, że miałem czas na przygotowanie sobie przemówienia. Kiedy już wiadomy termin nadszedł, spanikowałem i postanowiłem odłożyć coming out "na potem". W końcu zaciągnąłem matkę do kina na „Linię życia", mówiąc, że mam jej coś cholernie ważnego do powiedzenia. Nie naciskała, ale czekała. W drodze do kina (szliśmy na piechotę) nie dałem rady. W kinie przed seansem nie dałem rady. W kinie po seansie nie dałem rady.

Naciskała, żebym wreszcie to z siebie wydusił, że na pewno to nic strasznego, że sam się przekonam. A ja pękałem, bo bałem się, że zaśmieje mi się w twarz: „Co za fanaberie, ani myślę godzić się na tę twoją zmianę płci!”. Cała ta wyprawa do kina ostatecznie okazała się nie mieć sensu, bo zebrałem się w sobie dopiero w kuchni, po dotarciu do domu. Mama wstawiła wodę na herbatę, a ja ni z gruchy, ni z pietruchy wypaliłem: „Jestem transseksualistą. Chcę zmienić płeć. Umrę, jeśli nie będę mógł”. I zacząłem opowiadać. Przerwała mi w pół zdania: „Dziecko, ale my to dawno wiemy. Widzimy, kim jesteś i co się z Tobą dzieje. Pomożemy ci na tyle, na ile to możliwe”.

Tamtego dnia stanąłem przed alternatywą: ich zgoda i moje nowe życie albo ich odrzucenie i mój koniec. Wygrałem życie. Po raz drugi. Bo za pierwszym razem stało się to podczas lektury wiadomej książki.

Naturalnie rodzice wybrali się na Miłobędzką. Zawarli jednak ze mną pewien sprytny układ. Wiedzieli, że jestem notorycznym wagarowiczem i że mogę oblać maturę, więc postawili mi warunek: „Zaczniesz leczenie hormonalne, jak tylko zdasz egzamin dojrzałości”. I wyobraźcie sobie, że byłem tak cholernie zmotywowany, że… z kompletnego nygusa zamieniłem się w najlepszego ucznia w klasie. Tak, na świadectwie miałem same piątki w czasach, kiedy jeszcze nie było szóstek.

Ale to i tak nie miało znaczenia, bo ostatecznie pierwszy zastrzyk dostałem jakieś pół roku przed maturą (pewnie w styczniu 1991 roku), a rozprawę dwa miesiące przed. Zdawałem ją w szkole, do której trafiłem w 3 klasie po wyjściu z sanatorium neuropsychiatrycznego. Wygląd miałem chłopięcy, toteż naściemniałem kolegom i nauczycielom, że tak naprawdę jestem facetem, tylko mam takie dziwne żydowskie męskie imię, które ktoś w akcie urodzenia omyłkowo zapisał jak polskie imię żeńskie. To był okres przemiany ustrojowej, budziła się wolność, Polska zmierzała do zrzucenia jarzma komunizmu i chyba wszyscy z tej radości mieli otwarte głowy. W każdym razie nauczyciele pewnie nie do końca uwierzyli w to, że jestem zwykłym chłopakiem, ale żaden mnie nie zdradził i mówili do mnie przez dwa lata używając męskich form. Tylko jeden ultrakonserwatywny pacan od historii za każdym razem złośliwie i z uporem akcentował formy żeńskie. Ale wtedy na przerwie natychmiast tłumaczyłem kumplom z naszej paczki: „Phi, jaki idiota, ciągle się myli”. Koledzy też mnie akceptowali. Byłem dla nich kumplem i koniec. Zero pytań, zero ironii. W pełni ludzka postawa. Na maturę polazłem już z decyzją sądu o zmianie płci i ze skróconym odpisem aktu urodzenia poświadczającym właściwe imię.

Leczenie

Moje leczenie to był polski standard, jaki oferowano transom w latach 1989-1991 i dalszych. Po kolei, bez dat, bo i tak bym je pomylił:

  • Wizyty na Miłobędzkiej: 25,
  • Wspomniane wyżej testy psychologiczne,
  • Pisanie autobiografii + zdjęcia,
  • Umowa na przejście 2-letniego testu realnego życia (u mnie zakończył się po roku),
  • Badania medyczne (kariotyp, krew, potencjały słuchowe itd.),
  • Ginekolog – moja rezygnacja,
  • Przyprowadzenie do lekarza rodziców,
  • Komisja lekarska zatwierdzające mój transseksualizm i wydająca zgodę na zmianę płci,
  • Raz na 10 dni zastrzyk omnaderenu przez pół roku,
  • Raz na 14 dni zastrzyk testosteronu prolongatum,
  • Konsultacje u mecenasa Doleżala, rozprawa w sądzie, wniosek przeciwko rodzicom i ich dzielna postawa,
  • Odebranie skróconego aktu urodzenia w USC w Gdańsku,
  • Operacja nr 1,
  • Testosteron prolongatum,
  • Operacja nr 2,
  • Przejściowo testosteron propionicum, potem undestor w kapsułkach i powrót do prolongatum
  • Wezwanie na komisję wojskową, wydanie książeczki wojskowej i kategoria E,
  • Operacja nr 3, niestety, jak na tamte czasy niezbyt ciekawa;
  • Dalej testosteron prolongatum, a od bodaj 2018 roku wspaniałe, cudowne i niezastąpione nebido.

Reakcje otoczenia

Muszę tu dodać, że pierwszy zastrzyk zrobiły mi pielęgniarki w przychodni, do której chodziłem od 3 roku życia. Były wyrozumiałe, bardzo przychylne, tolerancyjne. Postawa arcyniesamowita i wzruszająca, zwłaszcza że to były „zwykłe, proste kobiety” 🙂 Ciekawiła je moja historia i życzyły powodzenia na nowej drodze życia. A po kilku miesiącach oznajmiły, że zrobił się ze mnie przystojny facet.

Także członkowie uzupełniającej komisji wojskowej wykazali się postawą na medal. Bardzo fajni goście, zero kpin. W kolejnych szpitalach ekipa przyjazna.

Jeżeli w trakcie mojej przemiany doznałem nietolerancji, to wyłącznie ze strony byłych kumpli z podstawówki. Pewnego dnia wracałem (już z wąsem) do domu, gdy z czwartego piętra cisnęli we mnie kartoflem. I zaczęły się sarkastyczne komentarze. Potem puścili drugi kartofel, ale uciekłem. Zdarzało im się też dzwonić do domofonu, a kiedy odbierałem, gadać jakieś bzdety: „A ty jesteś chłop czy baba? Dewiant jakiś, zboczeniec!”. No i śmiali się zawsze, bez wyjątku, kiedy mijali mnie na podwórku. Zamkniętym umysłem wykazał się również mój wujek historyk, który podczas niedzielnego obiadu stwierdził: „Dla mnie kobieta na zawsze pozostanie kobietą. Czymś ciepłym, słodkim, do przytulania, o co trzeba dbać i czym się trzeba opiekować”.

To tyle. Opowieść wyszła dłuższa niż przypuszczałem.