14 paź 2021

Detranzycja: nie wybrałabym żadnej innej drogi

Zarówno w przekształceniu swojego ciała, jak i w jego akceptacji, czy nawet polubieniu, drzemie wielka siła. Mimo wszystko, mimo bycia postrzeganą jako ktoś niewłaściwy, zły i chory, nie wybrałabym żadnej innej drogi.

Wywiad z Eli Kappo przeprowadzony został przez Dag Fajt
Tłumaczenie i korekta: Dag Fajt, Nina Kuta

Ilustracja: ilustracja przedstawiająca Eli Kappo autorstwa MNV @koryaginabumage

Ilustracja autorstwa MNV, @koryaginabumage

Poniższy tekst składa się z dwóch części. Pierwsza z nich jest złożona z pytań zadanych Eli przez społeczność zgromadzoną tranzycja.pl i polskich grup wsparcia dla osób transpłciowych. Druga natomiast jest rozmową nawiązującą do jej różnych esei.

Część I

Na początek, czy mogłabyś opowiedzieć nam jak wyglądała Twoja tranzycja i detranzycja na osi czasu?

Urodziłam się w 1992 roku, więc mam teraz 29 lat. W 2011 roku, gdy miałam 19 lat, zrobiłam coming out i zaczęłam dążyć ku medycznej tranzycji. Pierwszy zastrzyk testosteronu otrzymałam w 2013 roku, zaś topkę przeszłam we wczesnym 2014. Uznawałam się wówczas za binarnego trans mężczyznę, miałam passing i oficjalnie zmieniłam dane w dokumentach. W 2016 przestałam brać testosteron i dokonałam coming outu jako niebinarny mężczyzna, a w 2018 jako niebinarna kobieta.

Obecnie mogę powiedzieć, że przeszłam w całości moją fizyczną detranzycję, ale moja płeć jest wciąż nieco płynna — uważam siebie i za kobietę, i za mężczyznę. Używam zaimków ona/on i mam kobiecą prezencję. Tak można wytłumaczyć to najprościej. Mój aktywizm detrans ma swoje źródło oczywiście w tym, że nadal jestem osobą transpłciową. Uważam, że rzeczy które mam do przekazania są szczególnie ważne, szczególnie w dobie tak wielu otwarcie transfobicznych publikacji i artykułów o detranzycji. W Niemczech ten temat został podobnie jak w Polsce zagarnięty przez prawicę i konserwatywnych chrześcijan.

Jak wygląda proces tranzycji w Niemczech?

Po pierwsze przez rok musisz uczęszczać na psychoterapię. Nie jest szczególnie częsta, ani intensywna. Powiem nawet, że bywa całkiem pobieżna, ale jednak trzeba na nią chodzić przez długi okres czasu nim uzyska się receptę na hormony czy zgodę na operację. Jest to wymaganie związane z publicznym ubezpieczeniem zdrowotnym. W moim przypadku terapia trwała godzinę, raz w miesiącu. Niemieckie określenie na nią to “Begleittherapie”, to jest “terapia towarzysząca”. Zadają ci na niej różne pytania. Nie jest super inwazyjna, kwestie intymne nie są poruszane. Chcą się głównie dowiedzieć od jak dawna “tak” się czujesz, co sądzisz o tym, czy o tamtym, i tak szczerze tego właśnie nienawidziłam najbardziej. Istnieje duża dysproporcja władzy między inną osobą, która zadaje ci takie pytania, a tobą zmuszoną podać „właściwą odpowiedź”, by otrzymać pomoc.

Sama znajdowałam się na tamtym etapie w psychicznym dołku — miałam ostrą depresję, myśli samobójcze i chciałam po prostu mieć to wszystko za sobą. Bałam się uczęszczać regularnie na terapię — mam na myśli normalną terapię, nie powiązaną z tranzycją. Jest to jedna z rzeczy, których żałuję, bo z perspektywy czasu była mi ona potrzebna. Ale cóż, uczęszczałam tylko na obowiązkową terapię, a po roku przepisano mi hormony.

Pierwszy zastrzyk testosteronu dostałam na początku 2013 roku. Był to najbardziej standardowy preparat jaki można dostać — ten trzymiesięczny shot. Jego główna wada jest taka, że kończysz z wysokim poziomem testosteronu, microdosing nie jest możliwy. Na samym początku część efektów ubocznych może być też bardziej intensywna — najpierw masz wyż, ale potem lecisz w dół. To super opcja dla tych, którym pasują wysokie dawki, lecz sama zdecydowałam się na to tylko dlatego, że zależało mi na szybszych zmianach.

W tamtych czasach nie mówiło się wcale o microdosingu. Z perspektywy czasu może powinnam była wybrać taką opcję, ale ostatecznie byłam bardzo usatysfakcjonowana z efektów testosteronu, nie żałuję niczego. Czułam się komfortowo ze wszystkimi zmianami poza paroma skutkami ubocznymi pokroju trądziku.

Później, moim głównym celem było przejście topki. Miałam bardzo dojmującą dysforię klatki piersiowej. Dyskomfort sprawiał mi mój głos, moja twarz - tego typu rzeczy, zależało mi na łatwym męskim passingu, co na szczęście dał mi testosteron. Po roku od zaczęciu testosteronu dostałam list od mojego terapeuty. Zgodnie z wymogami ubezpieczenia zdrowotnego do topki można przystąpić dopiero po 2 latach terapii. W moim przypadku nie trwało to ani dnia krócej, wszystko działo się zgodnie z wytycznymi.

Topkę przeszłam we wczesnym 2014 i to w zasadzie wszystko na czym mi zależało. W trakcie mojej tranzycji, pozbyłam się praktycznie całej odczuwanej przeze mnie dysforii dołu. Zdałam sobie sprawę, że nie ma żadnego problemu w życiu jako mężczyzna i posiadaniu przy tym genitaliów, które są dosyć rzadkie u facetów. W tamtym momencie czułam się bardzo dobrze z moim ciałem, moja dysforia w dużej mierze minęła. Przeszłam szczęśliwie społeczną, medyczną i prawną tranzycję. Zmieniłam swoje imię i płeć w dokumentach bez operacji dołu, co jest nową opcją w systemie.

Kiedy zdałaś sobie sprawę z tego, że możesz nie być osobą cispłciową?

Powiedziałabym więc, że początki tego, co odczuwałam jako moją tożsamość płciową, moje poczucie bycia kimś innym niż małą dziewczynką, zaczęły się nadzwyczaj wcześnie, jeszcze przed pójściem do szkoły. Czułam się tak już w przedszkolu. Co ważne, nadal mam poczucie bycia kimś więcej niż tylko kobietą i wciąż określam się mianem osoby transpłciowej. Moje uczucia po prostu rozwijały się z czasem. Całe życie wiedziałam, że coś siedzi w środku mnie, a wszystko nasiliło się to wraz z początkiem dojrzewania. Miałam bardzo silną dysforię, byłam w bardzo złym stanie psychicznym, czułam się bardzo nieszczęśliwa.

Próbowałam to przekazać mojej matce i reszcie mojej rodziny, ale nie chcieli tego słyszeć, nie brali moich słów na poważnie. Nie miałam też wtedy żadnych określeń, by opisać mój stan, mówiłam po prostu, że jestem chłopcem albo prosiłam o ścięcie włosów na krótko. Wiesz - klasyczne rzeczy. Nie powiedziałabym, że pasuję do wszystkich stereotypów - uwielbiałam Barbie, konie, kolor różowy. Zawsze mieszały się we mnie różne uczucia, ale byłam pewna, że nie jestem tylko dziewczyną, ale też kimś innym.

Kiedy zaczęłam dojrzewać, czułam się coraz gorzej i w wieku dziewiętnastu lat miałam już w zasadzie myśli samobójcze. Myślałam, że albo przejdę tranzycję albo odbiorę sobie życie. Tak na to wtedy patrzyłam, więc tranzycja była czymś czego potrzebowałam, co musiałam przejść.

Kiedy zaczęłaś czuć, że coś jest nie w porządku po przejściu tranzycji? Jak to wyglądało od środka?

[drobny śmiech] Wszystko w sumie zaczęło się w chwilach, gdy nie byłam do końca trzeźwa i do głowy wpadały mi myśli, na które zwykle sobie nie pozwalałam. W takich sytuacjach, niekiedy są to przypadkowe myśli, a innym razem wszystkie obracają się wokół jednego tematu. Mogą dotyczyć dowolnych rzeczy - może wstydliwych kwestii związanych z seksem, czy czegokolwiek innego. I w takim momencie pomyślałam sobie: „a co, jeśli na przykład przestanę brać testosteron?", „co jeśli dokonam coming-outu jako osoba niebinarna?", „co jeśli na dobre pozbędę się zarostu?".

Na początku były to ot, głupie myśli po pijaku, które odsuwałam od siebie, gdy trzeźwiałam. Potem zmieniły się w rzeczy, które nie dawały mi spać po nocach. Sny. Coś co wpadało mi do głowy i nad czym się potem zastanawiałam - wszystkie te „co by było gdyby", „o co w tym może chodzić".

Miałam dłuższy okres kwestionowania swojej tożsamości i było to totalnie odmienne od odkrywania mojej transpłciowości - wtedy moim głównym pytaniem było „czy zamierzam to zrobić, czy nie, czy będę dążyć do tranzycji, czy nie". Byłam pewna tego, że jestem trans, że istnieje inna strona mnie, mężczyzna który jest mną gdzieś w środku. I to stanowiło właśnie główną różnicę między tym, a zdawaniem sobie sprawy z tego, że pragnę detranzycji. W jej przypadku coś powstrzymywało mnie przed zgłębieniem się w sprawę, bałam się tego. Sama idea detranzycji napawała mnie strachem, ale wciąż wracały do mnie te myśli. Miało to miejsce jakoś w 2016 roku.

Czasami opowiadam ludziom historię, kiedy poszłam zobaczyć „Dziewczynę z portretu" z moją ówczesną partnerką. Wiem, że film jest bardzo problematyczny i z perspektywy czasu i po krytycznej analizie rozumiem czemu, lecz w tamtym momencie mojego życia wywołał on u mnie silną emocjonalną reakcję. Jestem wielką fanką lat 20-tych i 30-tych, czuję się związana z tamtymi czasami i wszystkim dookoła. Cała ikonografia filmu, cała sceneria i doświadczenie, które zostało tam przedstawione - bez umniejszania wadom „Dziewczyny..." - samo zobaczenie kobiety uwięzionej w swoim życiu jako mężczyzna, przemówiło do mnie na bardzo głębokim poziomie. Zrozumiałam wtedy, że mimo iż byłam szczęśliwym mężczyzną, mimo iż byłam zadowolona z wyniku mojej tranzycji, miałam kochającą dziewczynę, bardzo dobre życie... coś wewnątrz mnie chciało się wydostać. I to był punkt krytyczny. Nie zrozum mnie źle - nie chodziło tu o robienie rzeczy, które są postrzegane jako kobiece, a przez to niedostępne dla mężczyzn bez narażenia się na stygmatyzację, bo żyjemy w beznadziejnym społeczeństwie. Moim problemem było coś zupełnie innego. Na przykład, nosiłam makijaż. Byłam crossdresserem, z czym moja dziewczyna była bardzo okej, sama jest osobą queerową. Ale moja tożsamość kobiety to nie to samo, co kobiece rzeczy, które lubię.

Jak czujesz się ze sobą w porównaniu do czasów sprzed tranzycji?

Okej, to ciekawe pytanie. Moja pierwsza odpowiedź jest taka: nigdy nie powróciłam do bycia tym, kim byłam wcześniej. Oczywiście jest to związane z tym, że się zestarzałam - tranzycję zaczęłam jako nastolatka, a teraz dobijam trzydziestki, to dwie kompletnie różne sytuacje.

Moja tożsamość jako kobiety obecnie jest bardzo różna od tego, jak czułam się przed tranzycją. Dzięki niej doświadczyłam rzeczy, na które w innym przypadku nie miałabym szansy. To wszystko uformowało mnie w sposób, który pozwolił mi odkryć nowy rodzaj kobiecości — taki, który zawiera również moją męską tożsamość i jest znacznie bardziej dojrzały niż mój poprzedni stan przed przejściem tranzycji.

Czego najbardziej bałaś się w związku z detranzycją?

Moim głównym lękiem było to, że nie będę mogła się cofnąć. Bałam się, że mam problemy ze zdrowiem psychicznym, że będę żałowała detranzycji, że w końcu oprzytomnieję i zrozumiem, że wszystko spieprzyłam. Byłam bardzo blisko zostania osobą, którą wyobrażałam sobie przed tranzycją. W zasadzie wszystko działało dobrze i myślałam „muszę być głupia, żeby z tego zrezygnować". „Mam dobre życie, nie mogę go ryzykować przez detranzycję i to, co może po niej nastąpić". „Jak ja sobie poradzę jako kobieta, chociaż to nie jest tak, że nie doświadczyłam bycia kobietą".

To było okropne. Często byłam pytana o to przez moich psychoterapeutów - chodziłam na terapię po przejściu tranzycji, byłam w złym punkcie - i mój psychoterapeuta zawsze mówił, że mogę nie akceptować w pełni mojej kobiecości, bo to oznaczałoby dojście do wniosku i pogodzenie się z tym, że sama siebie zniszczyłam - ale to nie miało sensu, kompletnie nie o to chodziło. To nie był mój główny problem. Są we mnie rzeczy takie jak smutek i żal, ale przede wszystkim bałam się porzucić moją męską tożsamość, to był mój główny lęk.

Czy możesz opowiedzieć o tym jak odczuwasz dysforię?

Odczuwałam społeczną dysforię, ale też bardzo standardową dysforię fizyczną. Była związana z górnymi częściami mojego ciała, które są na pewien sposób publiczne, nie zaś prywatne — chodzi mi o moją twarz, szyję, klatkę piersiową. Te rzeczy sprawiały, że ludzie odbierali mnie jako kobietę i szczerze tego nienawidziłam, ale przeszkadzały mi też nawet gdy byłam sama i wpatrywałam się w lustro w łazience. To było bardzo głębokie, płynące z głębi ciała uczucie.

Nie chodziło mi tylko o „chcę, żeby wszyscy mówili - to jest mężczyzna, używali zaimków on/jego i będzie po tranzycji". Odczuwałam i jedno i drugie. Miałam pewną dysforię dotyczącą genitaliów i ich funkcji, ale to nie był mój główny problem. Przejście przez tranzycję umożliwiło mi popatrzenie na te części siebie w zdrowszy sposób, włączenie ich w moją męskość. Mogę postrzegać siebie jako mężczyznę z takimi organami, nawet uprawiać seks i nie muszę niczego zmieniać, nawet jeśli na początku tranzycji miałam dysforię dołu. Nie byłam pewna, czy chcę jakiejkolwiek operacji, ponieważ się ich bałam, a priorytet miały inne kwestie.

Jak wpłynęło na Ciebie przejście topki - porównując stan sprzed tranzycji, w jej trakcie i teraz, gdy jesteś postrzegana jako kobieta? Widzę też, że masz bardzo piękne tatuaże - jaką pełnią w tym wszystkim rolę, czy to też sposób na walkę z dysforią?

Jak widzisz, obecnie noszę coś w rodzaju sportowego stanika z bardzo małą miseczką - robię to, by ludzie nie gapili się na mnie dziwnie. Dopóki mam coś na sobie, wszystko jest postrzegane w granicach normy, bez względu na ciało, które kryje się pod spodem. Tak to właśnie działa! Wiem, że to absurdalne, ale taka jest prawda. Robię to w celu dopasowania się społecznie, ponieważ na plaży lub w saunie, kiedy jestem zupełnie naga i nie mam nic na sobie [uwaga tłumacza: w Niemczech plaży i przestrzenie dla nudystów są często spotykane], ludzie nadal się gapią, ale ja naprawdę się tym nie przejmuję. Jestem bardzo zadowolona z mojego ciała takim, jakie jest teraz i myślę, że nie potrzebuję piersi, żeby być kobietą, to nie jest żaden wymóg.

Przed detranzycją, czułam się bardzo niekomfortowo z moimi piersiami jako takimi, miało to głębokie znaczenie psychologiczne, mające wiele wspólnego z moim obrazem siebie jako mężczyzny - ale nie tylko. Naprawdę potrzebowałam tej konkretnej operacji, zawsze było oczywiste, że posiadanie piersi jest dla mnie bardzo szkodliwe. Zrobiłam to, bo musiałam. Operacja złagodziła moją dysforię i umożliwiła mi passing jako mężczyzna. Płaska, koścista klatka piersiowa sprawiła, że skala tego, jak byłam postrzegana społecznie przechyliła się w stronę męskości. Ludzie mieli wątpliwości i patrzyli na moją twarz, potem na klatkę piersiową i mówili: "Dobra, to jest mężczyzna". Nienawidzę tego, ale tak to działa.

Miałam bardzo dużą bliznę, którą potem zakryłam tatuażami. Kiedy była dość świeża, gapienie się ludzi było naprawdę niekomfortowe (np. na plaży), ale i tak czułam się o wiele lepiej niż mając piersi. Było to dla mnie niezwykle wyzwalające, że mogłam po prostu nie nosić znienawidzonego przeze mnie bindera, ani koszulek do pływania, czy czegokolwiek podobnego.

Operacja, blizny, odrętwienie, dziwne odczucia, ból - to wszystko było bardzo nieprzyjemne. Moja skóra okazała się być bardzo wrażliwa i musiałam przetrzymać wiele nieprzyjemności. Przed operacją nie spodziewałam się, że to będzie tak wyglądać. Ludzie mówili: „tak, będziesz mieć to i to, blizny, drętwienie, opuchliznę", ale w mojej głowie było tylko: „jasne jasne, to bez znaczenia".

W zasadzie nie przyjmowałam tego do siebie na emocjonalnym poziomie, słyszałam, co ludzie mówili , ale nie przyjmowałam nic do siebie, a potem wszystko we mnie uderzyło i musiałam sobie z tym jakoś poradzić. Z czasem było coraz lepiej, szczególnie teraz po 7 latach. Wróciłam do stanu, w którym moja klatka piersiowa nie jest już dla mnie widokiem chirurgicznym, tylko normalną częścią ciała. Blizny wyblakły, dziwne uczucia również, stała się ona częścią codzienności. Teraz czuję się z nią dobrze. Tatuaże były czymś, co miało związek z dysforią, ale co ciekawe większość z nich zrobiłam sobie po operacji, żeby zakryć blizny. Ważne były dla mnie względy estetyczne, ale też czułam się tam bardzo bezbronna. Świeżo zoperowana część mojego ciała była naprawdę odsłonięta i pozbawiona ochrony, więc chciałam zakryć się warstwą czegoś - takie jest emocjonalne znaczenie moich tatuaży. Są moją zbroją.

Czy nadal przyjaźnisz się z osobami ze społeczności trans, których poznałaś w trakcie tranzycji?

Tak. Bardzo prosto mi odpowiedzieć - totalnie tak. Właściwie mój krąg znajomych jest w większości złożony z osób trans i niebinarnych, które poznałam wcześniej. Może ma to związek z tym, że oni również są trans-aktywistami? Aktywiści zawsze czują się w pewien sposób jak rodzina, chociaż niekoniecznie jest to zdrowy sposób - czasami po prostu nie możesz odejść, co nie? Mam bardzo bliską przyjaciółkę, moją byłą partnerkę, która również jest osobą po detranzycji i niebinarną, więc tak, znam nawet inne osoby detrans, które nadal są częścią społeczności.

Jak najbliższe Ci osoby, zarówno rodzina jak i przyjaciele, zareagowali na wieści o Twojej detranzycji?

Byli trochę zdezorientowani, niepewni, co teraz mogą zrobić. Bałam się, że ludzie nie będą już traktować mnie poważnie. Najbardziej irytująca była reakcja moich starszych krewnych, którzy uznali to za oczywiste i przez to poczułam, że tak naprawdę w ogóle nie zaakceptowali mojej tranzycji. Takie o: „ta dziewczyna znowu jest normalna". Nienawidziłam tego, naprawdę nienawidziłam. Moi młodsi przyjaciele, ludzie z mojego pokolenia po prostu usłyszeli co mam do powiedzenia i reagowali „ok, ciekawe, pewnie" - nigdy nie spotkałam się z żadną negatywną reakcją.

Wcześniej miałem pewne obawy, czułem, że stracę twarz, wiarygodność - najpierw musisz udowodnić wszystkim, że jesteś mężczyzną, a potem to cofasz i to jest naprawdę bardzo żenujące.

Czy mówisz otwarcie o swojej tranzycji i detranzycji w kręgu znanych Ci osób cispłciowych?

Ludzie, którzy znali mnie wystarczająco długo i widzieli całą moją drogę - oczywiście, że wiedzą. Nie zawsze mówię o tym nowo poznanym osobom. Czasem jest to problemem. Gdy nie byłam tak daleko w trakcie mojej detranzycji, w mojej ocenie wciąż wyglądałam bardzo niejednoznacznie - miałam zarost na twarzy, krótszą fryzurę — i ludzie nie odbierali mnie jako osoby cispłciowej. Obecnie uległo to zmianie - niektórzy nadal są zdezorientowani, ale dość szybko to mija, jestem przeważnie odczytywana jako cis kobieta, nic się nie dzieje. Bardzo zabawne jest to, że niektórzy mylą mnie z osobą transkobiecą. Czasami nawet ich nie poprawiam, zwłaszcza jeśli jest to ktoś znajomy, a nie bliski przyjaciel. Myślę, że po prostu pozwalam im mieć te swoje fantazje.

Większość ludzi wie, że jestem transpłciowa, mam flagę trans i takie tam, więc ogarniają, że jestem gdzieś w tym spektrum, tylko po prostu nie znają szczegółów, a ja czasem wolę ich nie ujawniać.

Jak radzisz sobie z tematem detranzycji w związkach, o ile oczywiście w nie wchodzisz?

Cóż, mam cis chłopaka, który nie jest zbytnio zainteresowany queerowością, więc praktycznie żyje jako osoba heteroseksualna, mimo że technicznie nią nie jest. W kategoriach seksualnych nie jest szczególnie hetero, ale prowadzi heteroseksualny styl życia. Poznaliśmy się, gdy byłam już wyoutowana jako kobieta, ale fizycznie znajdowałam się gdzieś pomiędzy - nie według żadnej uniwersalnej miary, po prostu sama siebie tak postrzegałam. Miałam zarost, byłam szczuplejsza, więc moja sylwetka była bardziej koścista, niezbyt pełna tych kobiecych krągłości i miałam krótkie włosy. On mnie odczytał jako kobietę, ja w tamtym momencie starałam prezentować się bardzo femme.

Na początku nie bardzo ogarniał o co chodzi z detranzycją. Rozumiał, że coś jest trochę nie tak, że nie jestem do końca cis, ale nie chciał tego przyjąć do wiadomości. "Dla mnie jesteś w zasadzie kobietą i niczym więcej" - tak powiedział na początku naszego związku i zajęło mu trochę czasu zaakceptowanie mojej niebinarnej tożsamości.

Obecnie pod względem społecznym jestem zawsze odczytywana jako kobieta, więc moja detranzycja pomaga mu w tych momentach, w których chce, byśmy uchodzili za parę hetero. Co ważne, on również podjął wysiłek, by zrozumieć, że jestem czymś więcej niż tylko kobietą, że bycie osobą niebinarną jest dla mnie wciąż bardzo ważną kwestią, rozmawiamy o moim aktywizmie. Było to dla nas nieco ciężkie, ale cóż, zdarza się. Wcześniej, jak już wspominałam, moja była dziewczyna jest bardzo otwartą osobą. Nie zerwałyśmy ze względu na moją detranzycję i nadal jesteśmy bardzo blisko, jest jedną z moich najlepszych osób przyjacielskich. Potem miałam też innego cis chłopaka, który był bardzo otwarty i akceptujący.

To zależy od osoby i nie jest tak, że ludzie są bardzo zszokowani, ale sama zdecydowanie wolę po prostu osoby queerowe i takie, które po prostu już ogarniają.

Część II

W jednym z swoich esejów piszesz, że tranzycja jest też stratą siebie —

W realnym świecie część mnie rzeczywiście umarła, została skremowana. Część tej żydowskiej córki pochodzącej od żydowskiej matki spłonęła, uleciała w popiołach.

— i że kobieca część Ciebie jest Twoją matką. Do jakiego stopnia Twoja tożsamość jako Żydówki wiąże się z tożsamością płciową? Czy ma ona też związek z głębokim poczuciem obcości wywodzącym się z bycia postsowieckim człowiekiem na Zachodzie, w niemieckim społeczeństwie?

Boże, to bardzo istotne pytanie! Dziękuję za nie. Tak, jest to zdecydowanie element mojej tożsamości płciowej. Wszystkie te kwestie mieszają się ze sobą i ciężko je rozsupłać, zrozumieć jako całość. Myślę, że moje ewentualne próby spaliłyby na panewce.

Byłam małą dziewczynką i zarazem migrantką. Moja rodzina nie należała do bardzo religijnych - zaliczaliśmy się raczej do grona sowieckich Żydów, którzy stanowili zarówno grupę etniczną, jak i kulturową. To bardzo trudna do zrozumienia, mieszana tożsamość. Ale wiedziałam, że jestem Żydówką, ponieważ mogliśmy żyć w Niemczech na podstawie naszej żydowskości - zgodnie z prawem migracyjnym jeśli udowodniło się, że jest się Żydem, to można było otrzymać tam azyl. W moim przypadku miałam żydowskie pochodzenie od strony matki. Mój dziadek był dagestańskim Żydem. Wyniosłam z tego wygląd dość stereotypowej Żydówki i posiadanie wiedzy o byciu Żydem bez komponentu religijnego. Przez długi czas ciężko było mi to wszystko zrozumieć. Niestety nie zdając sobie z tego sprawy, zinternalizowałam wiele specyficznie radzieckich, antysemickich tropów. Dotyczyły one wszystkiego, poczynając od wyglądu, a kończąc na rzekomych problemach ze zdrowiem psychicznym, jak również tym, że żydowscy mężczyźni są zniewieściali- co w pewnym sensie udało mi się zreclaimować. Yay! /s

Więc tak, zinternalizowałam mnóstwo radzieckich, antysemickich stereotypów, nawiązań, w tym wszystkie te żarty i tak dalej, ale w tamtym czasie nie miałam pojęcia, jak nadać temu sens. Wszystko siedziało we mnie, ale nie byłam w stanie niczego zrozumieć. Rozplątanie tej sytuacji zajęło mi wiele lat, udało mi się to zrobić dopiero w dorosłości , kiedy w końcu zrozumiałam, że to nie były tylko żarty, a poważne ataki na moją tożsamość i mój naród - jeśli można tak powiedzieć, biorąc pod uwagę, że Żydzi nie są szczególnie jednorodną grupą.

Moja postsowiecka, migrancka tożsamość jest żydowska - nigdy nie będę w stanie wymazać tego faktu i jest on głęboko związany z tym, że jestem kobietą i że jestem marginalizowana jako Żydówka i migrantka w Niemczech. To drugi element układanki. Ze wszystkich miejsc, do których mogliśmy wyemigrować, pojechaliśmy do Niemiec. Ot, przypadek - Niemcy były po prostu pierwszym krajem, który udzielił nam azylu - i stało się to na podstawie tego, że byliśmy Żydami. W latach 90-tych sporo radzieckich Żydów wyemigrowało do Niemiec, bardzo szybko można było uzyskać tu azyl. Byliśmy gotowi pojechać gdziekolwiek. To był rok 1992, po kontrrewolucyjnym przewrocie wojskowym w sierpniu 1991 roku. Dla mojej rodziny był to ostatni impuls do opuszczenia postsowieckiej Estonii. Nawet po odłączeniu kraju od Związku Radzieckiego nie czuliśmy się bezpiecznie, więc wylądowaliśmy w Niemczech.

Niemcy nie są złe, ale to także kraj, który dla Żydów stanowi swego rodzaju nemesis. Było to dla mnie źródłem wielkiego wewnętrznego konfliktu, z którym musiałam się zmierzyć, a którego jednak długo nie rozumiałam. Czułam głębokie, wewnętrzne napięcie - byłam jednocześnie Niemką, imigrantką, Żydówką, Sowietką, a nawet trochę Rosjanką, to przecież mój język ojczysty. Nie znalazłam sposobu, żeby to wszystko pogodzić, wiesz o co mi chodzi?

Bycie Żydówką w Niemczech jest wychodzeniem ze słabszej pozycji, podobnie jak bycie kobietą w tym społeczeństwie stanowi pewną słabość, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Nie lekceważę siły każdej pojedynczej osoby, która jest kobietą lub Żydówką - lub obiema naraz. Jednocześnie trzeba zaznaczyć, że historycznie obie te tożsamości są powiązane ze znajdowaniem się w pozycji ofiary

Wszystko to jest o tyle powiązane z moją osobistą sytuacją psychiczną, jak i kwestiami kulturowymi, że nie jestem w stanie wyrazić się w prostych słowach.

Rozumiem, to w końcu ważne pytanie.

Tak, a gdybym miała odpowiedzieć na nie w zwięzły sposób, to powiedziałabym, że przeszłam tranzycję z żydowskiej dziewczynki na niemieckiego mężczyznę. Weszłam w pozycję siły, bycia i Niemcem, i mężczyzną. Wydawało mi się, że mogę zostawić za sobą tę żydowską dziewczynkę, lecz ostatecznie nie dałam rady tego zrobić. Stałam się i jednym, i drugim. Zarówno kobietą, jak i mężczyzną, Żydówką i Niemcem.

Musiałam również przepracować własny zinternalizowany antysemityzm i mizoginię, a potem pozornie nieskończoną liczbę innych -fobii — jak zresztą każdy, kto wykonuje tego typu pracę. Dzięki temu mogłam przestać postrzegać siebie wyłącznie jako ofiarę. Potrzebowałam tego, choć było to niezwykle trudne. Ale nadal musiałem przejść tranzycję - i zdobyć doświadczenie bycia niemieckim mężczyzną. Czułam się wspaniale!

Ale w końcu zrozumiałam, że mogę być dorosłą, żydowską kobietą i Niemcem, i mężczyzną.

W pewnym sensie próbowałam pozbyć się czegoś, co było bardzo ciężkie, związane z kwestiami kulturowymi i wypełnione osobistym doświadczeniami - i pozbyłam się części, ale nie wszystkiego. W końcu znalazłam po prostu alternatywny sposób, aby pogodzić się ze sobą.

Moje drugie pytanie odnosi się do tego cytatu z jednego z Twoich esejów:

W przebieralniach i toaletach publicznych, tak jak w dzieciństwie, staję się znów niemową. Gdy moje współprabcownice, kobiety w moim wieku, rozmawiają o swoich ciążach czy tej cudnej książce “Jak Odnosić Sukcesy Bez Urażania Męskich Uczuć”, nie jestem pewna czy to tylko ja czuję się pominięta, czy może one wykluczają mnie delikatnie swoimi spojrzeniami i gestami

Czuję się podobnie. Najpierw byłem tokenowym szkolnym dziwadłem, potem Tym Trans Gościem w raczej sfeminizowanych przestrzeniach aktywistycznych. Różnica? Wtedy czułem się jak śmieć, teraz jak porcelana. Jaką różnicę widzisz w tym, jak odczuwałaś cis wrażliwość jako trans mężczyzna, a tym jak odczuwasz ją teraz, jako kobieta po detranzycji?

Czy doświadczyłaś zmiany, gdy wraz z progresem tranzycji przestałaś przypominać słodkiego twinka i wraz z męskością zaczęło się wyczuwanie bycia postrzeganą jako zagrożenie? Wydaje mi się, że mogłaś doświadczyć tej sinusoidy bycia bezpieczną-bycia zagrożeniem bardziej niż ktokolwiek kogo znam.

Absolutnie, w stu procentach. Myślę, że jest to coś, o czym od czasu do czasu mówią transmęscy aktywiści, ale cis osoby powinny słyszeć o tym częściej. Kiedy jesteś androgyniczny, młody i słodki, stajesz się specjalny typem osoby, która musi być traktowana z największą starannością, a wszyscy będą teatralnie zwracać uwagę na twoje zaimki. "Nie bój się, bo będę cię chronić mój malutki!", co nie? [śmiech] To szczera prawda. A potem po prostu nagle zmieniasz się w mansplainera.

A czy czułaś tę infantylizację po rozpoczęciu detranzycji, było to w jakiś sposób podobne doświadczenie?

Sądzę, że w tych wszystkich cis-feministycznych przestrzeniach w pewnym sensie udało mi się od tego uciec, gdyż byłam wtedy postrzegana jako osoba transkobieca. Z trans kobietą myliły mnie nie tylko przypadkowe cisy, ale także wyedukowane, społecznie świadome feministki. Byłam wtedy jednak cicha, nieśmiała i bardzo szczupła, więc nie byłam postrzegana w kategoriach zagrożenia. Nie mogę porównać tych sytuacji z doświadczeniami z początków mojej tranzycji, gdyż nie byłam wtedy tak aktywna w przestrzeniach feministycznych. Zaangażowałam się w nie dopiero w późniejszych fazach tranzycji i otwarcie mówiłam, że jestem trans. Muszę przyznać, że wówczas czasem czułam wokół siebie tą ostrożność, o której mówisz. Zdecydowanie nie byłam postrzegana jako mała, słodka i urocza. Dla mnie była to super sprawa, nie znosiłam takiego traktowania.

Ludzie wokół mnie w desperackich próbach traktowania mnie "dobrze" czasami potrafili zachowywać się bardzo dziwnie, by tylko nie urazić tej trans osoby - co rozumiem.

Jednakże, nigdy nie byłam jakoś mega męska, więc nie doświadczyłam bardzo negatywnych reakcji, jedynie ostrożność. Nigdy nie stanowiło to wielkiego problemu. Zawsze byłam nieco queerowa, nieco kobieca, więc nigdy nie odczułam w pełni skutków tego rodzaju transfobii.

Obecnie powiedziałabym, że jestem odbierana głównie jako cispłciowa kobieta, więc ludzie są po prostu neutralni, nie widzą mojej transpłciowości. Gdy jestem wśród innych osób transpłciowych, ludzie początkowo odczytują mnie jako pokrewną osobę trans nawet jeśli nie wiedzą w jaką stronę. W tych przestrzeniach jestem otwarta odnośnie swojej tożsamości, nie boję się ujawnić historii mojej detranzycji. W przestrzeniach trans w realu, nigdy nie spotkałam się z żadną złą czy nawet dziwną reakcją dotyczącą mojej detranzycji.

Dziękuję za odpowiedź. W innym ze swoich tekstów strasznie spodobało mi się, jak dobrze opisałaś podstawowe zasady queer horroru:

Jeśli więc w oczach cis-społeczeństwa jedynym happy endem dla transpłciowego ciała jest uczynienie go „dostatecznie cispłciowym” poprzez czarną magię i przedziwną naukę, to nie może istnieć nic gorszego niż obraz cis osoby, która uczyniła się trans przez przypadek. W świecie, w którym tylko niewidzialne transpłciowe ciało jest akceptowalne społecznie i w którym historia cispłciowej osoby poddającej swoje ciało fizycznym zmianom związanym z płcią wydaje się wpadać w niszę gdzieś pomiędzy Kafką, a Cronenbergiem, mogę w końcu nie wytrzymać i powiedzieć: “Pewnie, byłam młodą dziewczyną — tranzycję przeszłam na złość cisom””

"Potworność" transpłciowego ciała była wielokrotnie wykorzystywana przeciwko nam, jest wręcz podstawowym sposobem przedstawiania osób trans w popularnych środkach przekazu. Ty obróciłaś ją na swoją korzyść. To świetna sprawa! Co pomogło Ci w spojrzeniu na to z takiej strony?

Rozumiem jak to jest być postrzeganą w kategoriach nienormatywności i wydaje mi się, że ma to wiele wspólnego z byciem tym wspomnianym przez Ciebie szkolnym dziwadłem. Wiedziałam, jak to jest być outsiderką nawet poza całym tym transowym kontekstem. Kiedy wszyscy wokół dają ci znać, że coś jest z tobą nie tak, to starasz się obrócić jakoś sytuację na swoją korzyść. Za dzieciaka przechodziłam przez mega krawędziowe fazy, byłam straszną metalówą.

Kiedy miałam 14 lat, subkultura emo cieszyła się dużą popularnością. Wszędzie można było się na nią natknąć, a ja też chciałam być twarda i dziwaczna, mroczna i posępna. Korzystanie z tego motywu potworności to coś, co weszło mi w krew. Obecnie czuję się świetnie w moim ciele, ale niektórzy nadal uważają mnie za dziwadło. Tym razem nie chodzi jednak o koszulkę z zespołem, ćwiekowaną bransoletkę, glany, czy inne akcesoria, które za młodu nosiłam, ale o moją cielesność. Jest to dla mnie bardzo interesujące doświadczenie. Myślę, że osoby z modyfikacjami ciała muszą czuć się podobnie. W tekście, który cytujesz starałam się pobawić trochę właśnie tą ideą (śmiech). Ale jest to jednak bardzo poważna sprawa - bycie nienormatywnym w ten, czy inny sposób nadal jest tematem tabu, szczególnie, gdy dotyczy ciała jako takiego. Może tutaj chodzić o wszystko - również o niepełnosprawność, czy wygląd wybiegający poza kanony piękna. Zarówno w przekształceniu swojego ciała, jak i w jego akceptacji, czy nawet polubieniu, drzemie wielka siła. W kontrze do wszystkiego, mimo bycia postrzeganą jako ktoś niewłaściwy, zły i chory, nie wybrałabym żadnej innej drogi.

Poruszając się nadal w obrębie potworności - to, co mówiłaś i cały twój punkt widzenia przypomniały mi cudowny ustęp z Manifestu Ksenofeministycznego:

Kiedy możliwość tranzycji płciowej urzeczywistniła się i skrystalizowała, sarkofag w podziemiach chramu Natury pękł, a z dawnego porządku „płci biologicznej” wyzwoliły się zupełnie nowe historie – najeżone przyszłościami.

Posługując się tą potwornością możemy uciec w zupełnie niezbadane rejony, niemożliwe dla opisania dla cisów. Czy nadal czujesz więź z tego typu motywami, queer horrorem, post-cielesnością, twórczością Porpentine, VanderMeera itd.?

Nie jestem na ten moment zbyt zaangażowana w tę tematykę, ale mam do niej sporo sympatii. Przez całe moje życie czułam fascynację wszystkim, co wykracza poza człowieczeństwo, ale jednak w nim pozostaje. Literatura z gatunku body horroru to obszar, w którym czuję się jak u siebie. Nie jestem aż tak dobrze oczytana, ale z całą pewnością interesuję się tym tematem. Jest to też jeden z powodów, dla których zostałam biolożką. Życie jest niezwykle interesujące w całej swojej różnorodności i potencjale. Nie uważam, że biologia to coś, co mamy przezwyciężyć, a raczej coś, co powinniśmy starać się zrozumieć.

Kawałek swoich własnych doświadczeń zobaczyłem również w Twoim poście o pierwszym wyjściu nad morze po operacji klatki piersiowej. Przecinały się w nim poruszane przez nas motywy potworności z ukochanym przeze mnie doświadczeniem morza jako obszaru przejściowego dla osób trans, przestrzeni w której możemy zrzucić z siebie wszystko.

Miałam jeszcze inne wspomnienia w temacie, których nie zawarłam w tamtym tekście. Po zrobieniu coming outu jako osoba trans, ale jeszcze przed rozpoczęciem medycznej tranzycji, zdarzało mi się w środku nocy chodzić nad jezioro, zupełnie sama, tylko po to, by popływać w zupełnym mroku. Było to trochę ryzykowne i zawsze się bałam, bo choć okej, kompletna ciemność może i jest straszna, istniało też ryzyko napotkania bardziej realnych zagrożeń takich jak… innych ludzi (śmiech). Ale mimo tego bardzo pragnęłam tych doznań i parę razy rzeczywiście mi się udało, głównie w okolicznych jeziorach. I było cudownie! Przeżyłam naprawdę niesamowite i przede wszystkim wyzwalające chwile. Zrozumiałam, że nawet z ciałem, które wtedy miałam, czyli jako trans mężczyzna przed medyczną tranzycją, mogę nadal mieć dostęp do wody, mogę znaleźć sposoby na to by, pływać, by czuć wodę wokół mnie.

W tamtym tekście pisałaś też:

Poświęciłam już tak wiele, każdy krok nadal sprawiał mi ból, ale byłam wolna, w końcu pozwoliłam sobie na bycie wolną. Gdy o tym myślę nawet dzisiaj zbiera mi się na łzy. [..] Mój gniew nie będzie nigdy niczym innym niż wściekłością zranionego zwierzęcia. Ale żyję. Nadal jestem w stanie wydrapać im oczy.

Z taką perspektywą, ze świadomym sprawianiem innym dyskomfortu, wiąże się wiele gniewu. Mój własny gniew jest moją główną siłą napędową, obawiam się jednak, że z czasem może mnie on wypalić. Jak wygląda to u ciebie?

Myślałam wiele na ten temat i z czasem zaczęłam widzieć, że nie mogę podchodzić do moich przekonań w tak totalny sposób - zrozumiałam, że wiele bliskich i ważnych dla mnie osób posiada poglądy, które są dla mnie problematyczne, ale na które gniew nic nie pomoże. Nauczyłam się, że czasami najlepszym wyjściem jest ambiwalencja, że czasami mogę nienawidzić jakiegoś poglądu danej osoby i choć mogę spróbować ją przekonać, to nie musi mi się wcale udać. Może to po prostu sposób, w jaki postrzega ona świat i nie da się nic z tym zrobić. Zrozumiałam, że gniew nie zawsze jest czymś konstruktywnym i czasami mogę nie być w stanie zmienić osoby, którą kocham. To odkrycie było dla mnie bardzo bolesne i trzeźwiące, ale również mi pomogło.

Gdy mówimy o gniewie na większą skalę, skierowanym przeciwko czemuś, co dąży do twojego zniszczenia, to zgodzę się z Tobą - może być on niezwykle twórczą siłą. Wydaje mi się, że w tym wszystkim najważniejsze jest, by znaleźć sobie przestrzeń, w której jesteś bezpieczna i nie musisz na nic się już gniewać. W okresie pisania tego tekst moje życie było zdominowane przez poczucie zagrożenia.

W moim życiu miałam dwa takie momenty, jeden z nich właśnie w czasie mojej detranzycji, kiedy czułam się, jakby cały świat sprzysiągł się przeciwko mnie. Przerażało mnie to. Ale też było to na pewien sposób prawdziwe - to nie tak, że wszystko sobie wymyśliłam. Kiedy mój psychoanalityk mi to zasugerował, byłam na niego wściekła, ujęłam to zresztą w tamtym tekście - nie próbował świadomie unieważnić moich lęków, po prostu nie miał pojęcia o czym mówi. Rozmawiał ze mną z pozycji osoby, która nigdy nie zazna niczego podobnego w swoim życiu. Powodem, dla którego wspominałam tam o rasizmie było to, że choć nigdy nie stanę się celem rasizmu wobec osób Czarnoskórych - nawet biorąc pod uwagę moje doświadczenia migracji i żydowskości to nie jest to coś, czego mogę doznać, to zupełnie inny poziom opresji - to jednak znalazłam w nim wiele zbieżności z tym, co sama odczuwałam. W gniewie można znaleźć solidarność. Słowa mojego psychoanalityka, twierdzącego że to kwestia mojego postrzegania świata, które mogę zmienić - były cholernie głupie. Dla niektórych grup ludzi świat jest obiektywnie bardziej gównianym miejscem do życia, czego wiele osób nie jest w stanie w pełni zrozumieć.

Dzięki wielkie za wyczerpującą odpowiedź. Przechodząc do mojego ostatniego pytania - podczas lektury Twoich esejów przyszło mi do głowy zapytać Cię o związek pomiędzy twoją transpłciową tożsamością, detranzycją, a zaburzeniami odżywiania, a także figurą Übermenscha, tranzycją od żydowskiej dziewczyny do niemieckiego mężczyzny.

Czy w Twojej tranzycji można znaleźć ciągłość z chorobą, czy może wręcz przeciwnie - pozytywne zachowanie zastępcze, sposób na jej uspokojenie? A może tranzycja była tu fałszywą ścieżką nieoferującą prawdziwych rozwiązań, a tylko spychającą problem w głąb siebie?

To ważny temat - wokół osób transpłciowych cierpiących na zaburzenia odżywiania krąży wiele stereotypów. W zależności od inklinacji albo oskarża się o to trans kobiety, albo twierdzi się, że to wyłącznie przypadłość trans mężczyzn. Nie ma w tym jednak wiele prawdy. Oczywiście pewien związek między nimi będzie czasami istnieć, bo kwestie żywienia i wyglądu często wchodzą w interakcje z płcią. Sama czynność jedzenia jest w naszym społeczeństwie upłciowiona. W moim przypadku była to jednak znacznie głębsza kwestia. Cierpiałam na zaburzenia odżywiania od wczesnego dzieciństwa, w większości spowodowane zachowaniem mojej matki. W jednym z moich postów na temat antysemityzmu możesz znaleźć zdjęcie z najgorszego okresu mojej choroby - patrzę prosto w kamerę z bardzo podkrążonymi oczami. Byłam wtedy strasznie chuda. Z zewnątrz nie jest to być może typowe, mające szokować gapiów zdjęcie anorektyczki, ale przedstawia ono bardzo trudny i bolesny okres mojego życia.

Pierwszą kwestia, którą należy poruszyć w temacie zaburzeń odżywiania jest to, że nie chodzi w nich tak naprawdę o żadne konkretne zachowania, ale o relację z samym sobą, o to jak się czujesz w środku. W moim przypadku nie zależało mi na urodzie czy spełnianiu kanonów piękna - choroba brała się z potrzeby kontroli i władzy. Chciałam kontrolować moje ciało i reakcje innych w odpowiedzi na nie. Nie zgadzałam się na to, by ludzie wokół postrzegali mnie jako kogoś bezbronnego. Kojarzyłam to wtedy z byciem kobietą - z samej kobiecości wywodziłam poczucie zagrożenia.

Rzeczą, która pomogła mi w przezwyciężeniu tych problemów - i nie myślę tutaj o kompletnym wymazaniu moich zaburzeń odżywiania, ale ustabilizowaniu ich - było zrozumienie, że jestem w stanie być kobietą pewną siebie, nieobawiającą się niczego i zdolną do samoobrony. Mogę istnieć w tym świecie jako kobieta, bez prób zniknięcia, głodzenia aż do rozpadu w pył. Mogę żyć, mogę obronić się przed każdym atakiem - przynajmniej jeśli chodzi o ataki werbalne - i nie muszę przed niczym się ukrywać. Próbowałam stać się jak najmniejsza, bo w ten sposób nie byłam też tak często zauważana - to było powodem stojącym za moimi zaburzeniami odżywiania, moja fantazja zmniejszania się, znikania, stawania się niewidzialnym.

Jeśli z kolei chodzi o ideał Übermenscha - to odrobinę niepokojące, ale też bardzo miłe, że tak uważnie przeczytałeś moje eseje - nie wydawało mi się, że ktokolwiek zrozumiałby je do tego stopnia. Dziękuję Ci za to.

Swego czasu czytałam trochę teoretycznych opracowań faszyzmu. W szczególności przypadły mi do gustu prace Klausa Theweleita, w Niemczech mającego niemal status celebryty. Nie wiem czy jest znany również w innych krajach. W latach 70. i 80. publikował bardzo nowatorskie tezy łączące powstanie faszyzmu z kwestiami płci. Jego główne teksty dotyczyły psychoanalitycznej analizy obrazów męskości w faszyzmie i ich znaczenia. W wielkim skrócie uznawał on faszyzm za walkę przeciwko wszystkiemu, co jest postrzegane za kobiece, miękkie, słabe, wilgotne. Faszysta zabija te cechy w sobie i poza sobą, gdyż stanowią zagrożenie dla jego zewnętrznej, skamieniałej skorupy.

Widzę w tym opisie wiele własnych doświadczeń. Zauważyłam, że ideał człowieka sowieckiego - zawsze gotowego do wojny, z całym tym fetyszem militariów - miał wiele wspólnych cech z niemieckim faszyzmem. Można nawet powiedzieć, że oddychały tym samym powietrzem. Wchodzi tutaj też bardziej osobista kwestia niepotrzebowania miłości, ani jedzenia - jeśli niczego nie potrzebuję, oznacza to że mam władzę, kontroluję sytuację. W ten sposób wyzbywam się też bezbronności - jesli ktoś czegoś potrzebuje, niezależnie od tego czy jest to jedzenie, akt nakarmienia, troska czy miłość, to stawia się przez to we wrażliwej i ryzykownej pozycji.

Z racji mojego trudnego dzieciństwa, w tym niełatwej relacji z matką, jest to dla mnie doświadczenie zarówno traumatyczne jak i formatywne. Moje zaburzenia odżywiania są do pewnego stopnia związane z moją męskością, ale nie wpisują w transmęski stereotyp, ten obraz mężczyzny usiłującego wygłodzić z siebie z kobiecość. Nie chodziło mi o pozbawienie się krągłości, czy czegokolwiek podobnego. Na początku tranzycji byłam całkiem puszystym facetem i byłam z tym całkiem szczęśliwa - jako mężczyzna w końcu mogłam pozwolić sobie na jedzenie, było to bardzo wyzwalające. Poczułam, że nie muszę już odmawiać sobie pożywienia, miłości i innych rzeczy, bo w końcu byłam bezpieczna, nie byłam już małą, bezbronną dziewczynką. Mogłam po prostu brać to, co chcę.

To bardzo trudny temat i płeć też z pewnością gdzieś w tym wszystkim siedzi. W tej całej gadaninie o Übermenschu mogę znaleźć też trochę niedojrzałej chęci wzbudzenia kontrowersji, ale ostatecznie i sporo prawdy. Jest to jedna z części mnie.

Dziękuję Ci serdecznie za udzielenie wywiadu.